Byłam mega rozluźniona.
- Tylko mnie złap jak coś. - powiedziałam niepewnie spoglądając na Ortanusa.
- Nie ma sprawy, poradzisz sobie. -
uspokajał mnie. Do tej pory nie wzbiłam się jeszcze w powietrze. Miałam
wielkiego stracha. Rozłożyłam skrzydła, poczułam w nich delikatny
podmuch wiatru. Subtelny i stanowczy zarazem. Odpowiednio je ułożyłam,
napięłam mięśnie i kiesy już poczułam, że odrywam się od ziemi...
spanikowałam. Wiatr wykręcił mi skrzydła i pofrunęłam nieco w górę w
brew mojej woli. Podmuch wyrzucił mnie na trzy metry w górę - szkoda, że
to nawet nie był lot. Z grymasem na twarzy spadłam na ziemię wprost na
Ortanusa. Leżałam na nim, a on próbował mnie wyzbierać.
- Żyjesz? - szeptnęłam obolała.
- Ważne, żeby tobie nic się nie stało. Było nieźle...
- Nieźle! - wybuchnęłam płaczem. - To było
okropne! Jestem do niczego, skrzydła są mi niepotrzebne jeśli nie
potrafię z nich skorzystać! - pobiegłam z płaczem przed siebie.
Kiedy dobiegłam do strumienie
wydawało mi się, że jestem sama. Myliłam się. Ortanus dogonił mnie.
Schowałam się za krzakiem w nadziei, że da mi spokój - tak bardzo się
wstydziłam. Zaczęłam cicho płakać. Ortanus obrócił się i ...
<Ortanus - dokończysz?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz