Ta nowa... Lyka mnie dobiła.
Wymyśliła sobie berka powietrznego... no nie. Jeśli chodzi o teorię i
przyswajanie wiedzy z lekcji - jestem najlepsza. Praca fizyczna wychodzi
mi równie dobrze. Nauczyciele twierdzą, że mam silne, zdrowe skrzydła.
To dla czego nie mogę latać?! Oni też tego nie wiedzą.
Najgorzej jest na przerwach.
Najczęściej siedzę z Ortanusem. Ostatnio zaczęła mnie wkurzać
"przyjaciółka" Regena - Sasha. Z Regenem spędzam równie dużo czasu, ale
ostatnio ta Sasha wszędzie za nim łazi. To męczące, tym bardziej, że od
początku nie przypadłyśmy sobie do gustu.
Zaczęło się na lekcji latania
z Diablo. Kiedy inni latali na intensywnie ćwiczyłam. O mojej tajemnicy
wiedzieli tylko Regen i Ortanus. Oficjalna wersja była taka, że podczas
lotu zwichnęłam skrzydło... było w tym trochę prawdy bo kilka tygodni
temu tak się stało, tyle, że nie leciałam, a spadłam. Z tego powodu
miałam rzekomo rozgrzewać i naciągać skrzydła, a nie latać. Regen
właśnie bawił się z Sashą (w powietrzu).
- Nike... czemu nie latasz? Jesteśmy
dla ciebie za szybcy?! - zakpiła ze mnie Sasha. Chciałam jej coś
powiedzieć, ale miała nade mną miażdżącą przewagę - latała. - No dalej
Nike! Leć! Nie umiesz latać... co?
- Skąd wiesz? - palnął Regen.
- Na serio nie umie?! - krzyknęła
Sasha. Ona nie miała zielonego pojęcia, że nie potrafię jeszcze wzbić
się w powietrze. Tylko ze mnie kpiła, a Regen się wygadał. O nie! -
Słyszeliście! - zaczęła się wydzierać Sasha w locie. - Nasza Nike nie
umie oderwać tyłka od ziemi! Taki z niej oskrzydlony nielocik. - gdzieś w
górze odezwały się śmiechy i chichoty.
- Nie prawda! - krzyknęłam z dołu.
- To dalej... leć! - znów krzyknęła
Sasha. Poczekała chwilę, aż zarumienię się jeszcze bardziej ze wstydu. -
Nie umie! Ha ha! - łzy napłynęły mi do oczu. Zaraz na ziemi pojawił się
Regen.
- Ja nie chciałem... to tak wyszło. - zaczął się tłumaczyć.
- Dobrze się bawisz?! - krzyknęłam
przez łzy. Stałam się pośmiewiskiem dla całej grupy. - Ortanus był
dalej, dla tego właśnie zniżył lot, wylądował nieco dalej i szedł w
naszą stronę.
- Nie rycz... no chodź. - Regen objął
nie, ale wcale tego nie chciałam. Wiedziałam, że nie zrobił tego
specjalnie, ale głupota jaką palnął była nie do wybaczenia. Przynajmniej
nie wtedy.
- Odejdź. - warknęłam.
- Nike... - znów chciał mnie dotknąć.
- Zostaw! - odepchnęłam go, a ten przyszedł znów.
- No weź... - w tym samym momencie
przybiegł Ortanus, złapał Regena i odrzucił w tył, tak, że tamten
zatrzymał się trzy metru za mną.
- Powiedziała żebyś jej nie dotykał, to
łapy przy sobie! - tak, niech oni się jeszcze pobiją! W zasadzie nie
obchodziło mnie to. Pobiegłam przed siebie cała we łzach. To takie
upokorzenie.
Siedziałam pod rozłożystym
dębem na skraju lasku przy akademii. Ortanus przyszedł i przytulił mnie
mocno, a ja oparłam się o jego ramię i płakałam jak małe dziecko.
- Jestem beznadziejna!
- Ciii.... - uspokajał mnie. - Nic się nie stało.
- Nic! - krzyczałam. - Upokorzyła mnie przy całej kadrze. Teraz będę pośmiewiskiem. A wiesz co jest najgorsze... ?
- Tak...
- To, że myślałam, że choć jestem
magiczna, a tu nic. Wyleczyłam rany Waltera łzami. A teraz ryczę i twoje
zadrapanie na skrzydle nie znika. - doskoczyłam od Ortanusa i uderzyłam
łapami w ziemię. Zaczęłam w nią kopać i drapać.Rozłożyłam skrzydła i
zamachnęłam się nimi, a wtedy poczułam w sobie dziwny żar. Moje serce
wręcz płonęło. Machnęłam znów skrzydłami i jakiś dziwny podmuch odrzucił
mnie, tak, że upadłam na Ortanusa.Spojrzeliśmy po sobie.
- Już wiem! - krzykną jak oparzony.
- Co wiesz? - spytałam zdziwiona.
- Wiem czemu nie latasz!
- Oświeć mnie.
- Jesteś wilkiem o specyficznym i niezwykle rzadkim darze.
- Czyli... - nadal nie wiedziałam o co mu chodzi.
- Twoja siła płynie z emocji. Kiedy się
złościsz... wtedy jesteś niezwykle silna. Ten podmuch... to zrobiły
twoje skrzydła! Uleczyłaś tego jak mu tam...
- Waltera. - wtrąciłam.
- Tak! Waltera, bo coś wtedy do niego
czułaś... - tutaj miałam wrażenie, jakby Ortanusowi z pyszczka zszedł
uśmiech, ale mówił dalej.- Teraz prawie powaliłaś drzewo, bo jesteś zła.
Twoja magia wypływa z serca, z emocji. Ukierunkuj je w siłę. Przekieruj
na skrzydła. Najlepsze do tego są sprzeczne uczucia.
- Tyle, że już się uspokoiłam. - znów klapa. Jeśli to co mówił Ortanus było prawdą oczywiście.
- Zaraz coś z tym zrobimy. - zaczął. - Najszczęśliwsza chwila twojego dzieciństwa?
- Kiedy urodziła mi się siostrzyczka - Soraja. - odpowiedziałam szybko.
- Co wtedy czułaś?
- Radość.
- Jak czułaś się w pierwszy dzień szkoły.
- Okropnie, nikogo nie znałam. - odpowiedziałam równie szybko. Czułam, że w moim sercu znów podsyca się dawny żar.
- Najszczęśliwsza chwila w szkole? - ciągnął Ortanus.
- Kiedy spotkałam ciebie i Regena, w
pierwszy dzień. Cieszyłam się, ze nie jestem sama. - Ortanus uśmiechną
się szczerze. Ale wiedział, że to było wciąż za mało. Wypalił z czymś co
rozgrzało moją duszę do czerwoności.
- Jak czułaś się kiedy Regen cię
wsypał, gdy Sasha się śmiała? - w moich oczach pojawił się żar,
poczułam, że końcówki moich skrzydeł zaczynają płonąć niebieskim ogniem.
Był zimny, nie spalał piór, ale był też straszny. - Jak się czułaś! -
krzyknął Ortanus.
- Miałam ochotę ją zabić!
- A teraz złap mnie "oskrzydlony
nielocie". - Ortanus celowo mnie sprowokował powtarzając słowa Sashy.
Zaczął biegnąć przed siebie, a ja puściłam się za nim. Kiedy prawie go
miałam on skręcił, rozłożył skrzydła, odbił się od kłody i poszybował
niesiony prądem powietrza. Zrobiłam to samo.Skręciłam, wbiegłam na
kłodę, odbiłam się od niej rozkładają skrzydła. Kiedy zawiał wiatr
błękitny płomień z moich skrzydeł buchnął żarem i zgasł, a ja zawisłam w
powietrzu. Machnęłam kilka razy skrzydłami i...
- Ortanus! - krzyknęłam, a ten zrobił
zgrabny i szybki zwrot odwracając się do mnie. - JA LECĘ! - krzyczałam
najbardziej szalenie jak tylko potrafiłam. Czułam tą siłę, te prężące
się mięśnie, ten niesamowity wiatr w skrzydłach i to uczucie wolności.
- Udało ci się Nike! Udało. - krzykną
Ortanus. Poszybowałam dalej, a on wciąż leciał przy mnie dbając o to,
żeby w razie czego mnie łapać. - Lądujemy. - wydusił po kilkunastu
minutach lotu.
- Nie, co ty! Nie teraz.
- Nike, nie jesteś do tego przyzwyczajona. Skrzydła muszą przywyknąć.
Wylądowaliśmy na polanie.
Ortanus zrobił to pierwszy, żebym wiedziała jak do tego podejść. I tak
się przewróciłam, ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Byłam
taka SZCZĘŚLIWA.
- Udało się. - wydyszał zadowolony Ortanus. Podbiegłam do niego, szczęśliwa jak nigdy.
- Jesteś kochany, bez ciebie nic by się nie udało.
- Ja nic nie zrobiłem, to ty... - nie dałam mu skończyć, tylko rzuciłam się na szyję jak jakiś szczeniak.
- To najszczęśliwszy dzień mojego
życia! Dziękuje! - wyszeptałam i sama nie wiem jak to się stało, bo ze
szczęścia byłam prawie nieprzytomna, ale pocałowałam Ortanusa dosyć...
y... głupie to było, ale namiętnie. Kiedy zobaczyłam co zrobiłam, było
mi strasznie głupio. Zamiast się zarumienić zbladłam, uświadamiając
sobie, że przed chwilą całowałam się z przyjacielem. Odsunęłam się
nieco.
- Przepraszam. - zaczęłam się tłumaczyć. - Tak mi głupio, na
serio nie wiem dlaczego to zrobiłam. - Ortanus spojrzał na mnie swoimi
magnetycznymi oczami. Świetnie znałam ten wzrok. Zawsze tak na mnie
patrzył, kiedy intensywnie myślał...
<Ortanus, gniewasz się?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz