poniedziałek, 1 lipca 2013

Od Nike- Szkoła dla Alph

     Ta nowa... Lyka mnie dobiła. Wymyśliła sobie berka powietrznego... no nie. Jeśli chodzi o teorię i przyswajanie wiedzy z lekcji - jestem najlepsza. Praca fizyczna wychodzi mi równie dobrze. Nauczyciele twierdzą, że mam silne, zdrowe skrzydła. To dla czego nie mogę latać?! Oni też tego nie wiedzą.
          Najgorzej jest na przerwach. Najczęściej siedzę z Ortanusem. Ostatnio zaczęła mnie wkurzać "przyjaciółka" Regena - Sasha. Z Regenem spędzam równie dużo czasu, ale ostatnio ta Sasha wszędzie za nim łazi. To męczące, tym bardziej, że od początku nie przypadłyśmy sobie do gustu.
          Zaczęło się na lekcji latania z Diablo. Kiedy inni latali na intensywnie ćwiczyłam. O mojej tajemnicy wiedzieli tylko Regen i Ortanus. Oficjalna wersja była taka, że podczas lotu zwichnęłam skrzydło... było w tym trochę prawdy bo kilka tygodni temu tak się stało, tyle, że nie leciałam, a spadłam. Z tego powodu miałam rzekomo rozgrzewać i naciągać skrzydła, a nie latać. Regen właśnie bawił się z Sashą (w powietrzu).
- Nike... czemu nie latasz? Jesteśmy dla ciebie za szybcy?! - zakpiła ze mnie Sasha. Chciałam jej coś powiedzieć, ale miała nade mną miażdżącą przewagę - latała. - No dalej Nike! Leć! Nie umiesz latać... co?
- Skąd wiesz? - palnął Regen.
- Na serio nie umie?! - krzyknęła Sasha. Ona nie miała zielonego pojęcia, że nie potrafię jeszcze wzbić się w powietrze. Tylko ze mnie kpiła, a Regen się wygadał. O nie! - Słyszeliście! - zaczęła się wydzierać Sasha w locie. - Nasza Nike nie umie oderwać tyłka od ziemi! Taki z niej oskrzydlony nielocik. - gdzieś w górze odezwały się śmiechy i chichoty.
- Nie prawda! - krzyknęłam z dołu.
- To dalej... leć! - znów krzyknęła Sasha. Poczekała chwilę, aż zarumienię się jeszcze bardziej ze wstydu. - Nie umie! Ha ha! - łzy napłynęły mi do oczu. Zaraz na ziemi pojawił się Regen.
- Ja nie chciałem... to tak wyszło. - zaczął się tłumaczyć.
- Dobrze się bawisz?! - krzyknęłam przez łzy. Stałam się pośmiewiskiem dla całej grupy. - Ortanus był dalej, dla tego właśnie zniżył lot, wylądował nieco dalej i szedł w naszą stronę.
- Nie rycz... no chodź. - Regen objął nie, ale wcale tego nie chciałam. Wiedziałam, że nie zrobił tego specjalnie, ale głupota jaką palnął była nie do wybaczenia. Przynajmniej nie wtedy.
- Odejdź. - warknęłam.
- Nike... - znów chciał mnie dotknąć.
- Zostaw! - odepchnęłam go, a ten przyszedł znów.
- No weź... - w tym samym momencie przybiegł Ortanus, złapał Regena i odrzucił w tył, tak, że tamten zatrzymał się trzy metru za mną.
- Powiedziała żebyś jej nie dotykał, to łapy przy sobie! - tak, niech oni się jeszcze pobiją! W zasadzie nie obchodziło mnie to. Pobiegłam przed siebie cała we łzach. To takie upokorzenie.
          Siedziałam pod rozłożystym dębem na skraju lasku przy akademii. Ortanus przyszedł i przytulił mnie mocno, a ja oparłam się o jego ramię i płakałam jak małe dziecko.
- Jestem beznadziejna!
- Ciii.... - uspokajał mnie. - Nic się nie stało.
- Nic! - krzyczałam. - Upokorzyła mnie przy całej kadrze. Teraz będę pośmiewiskiem. A wiesz co jest najgorsze... ?
- Tak...
- To, że myślałam, że choć jestem magiczna, a tu nic. Wyleczyłam rany Waltera łzami. A teraz ryczę i twoje zadrapanie na skrzydle nie znika. - doskoczyłam od Ortanusa i uderzyłam łapami w ziemię. Zaczęłam w nią kopać i drapać.Rozłożyłam skrzydła i zamachnęłam się nimi, a wtedy poczułam w sobie dziwny żar. Moje serce wręcz płonęło. Machnęłam znów skrzydłami i jakiś dziwny podmuch odrzucił mnie, tak, że upadłam na Ortanusa.Spojrzeliśmy po sobie.
- Już wiem! - krzykną jak oparzony.
- Co wiesz? - spytałam zdziwiona.
- Wiem czemu nie latasz!
- Oświeć mnie.
- Jesteś wilkiem o specyficznym i niezwykle rzadkim darze.
- Czyli... - nadal nie wiedziałam o co mu chodzi.
- Twoja siła płynie z emocji. Kiedy się złościsz... wtedy jesteś niezwykle silna. Ten podmuch... to zrobiły twoje skrzydła! Uleczyłaś tego jak mu tam...
- Waltera. - wtrąciłam.
- Tak! Waltera, bo coś wtedy do niego czułaś... - tutaj miałam wrażenie, jakby Ortanusowi z pyszczka zszedł uśmiech, ale mówił dalej.- Teraz prawie powaliłaś drzewo, bo jesteś zła. Twoja magia wypływa z serca, z emocji. Ukierunkuj je w siłę. Przekieruj na skrzydła. Najlepsze do tego są sprzeczne uczucia.
- Tyle, że już się uspokoiłam. - znów klapa. Jeśli to co mówił Ortanus było prawdą oczywiście.
- Zaraz coś z tym zrobimy. - zaczął. - Najszczęśliwsza chwila twojego dzieciństwa?
- Kiedy urodziła mi się siostrzyczka - Soraja. - odpowiedziałam szybko.
- Co wtedy czułaś?
- Radość.
- Jak czułaś się w pierwszy dzień szkoły.
- Okropnie, nikogo nie znałam. - odpowiedziałam równie szybko. Czułam, że w moim sercu znów podsyca się dawny żar.
- Najszczęśliwsza chwila w szkole? - ciągnął Ortanus.
- Kiedy spotkałam ciebie i Regena, w pierwszy dzień. Cieszyłam się, ze nie jestem sama. - Ortanus uśmiechną się szczerze. Ale wiedział, że to było wciąż za mało. Wypalił z czymś co rozgrzało moją duszę do czerwoności.
- Jak czułaś się kiedy Regen cię wsypał, gdy Sasha się śmiała? - w moich oczach pojawił się żar, poczułam, że końcówki moich skrzydeł zaczynają płonąć niebieskim ogniem. Był zimny, nie spalał piór, ale był też straszny. - Jak się czułaś! - krzyknął Ortanus.
- Miałam ochotę ją zabić!
- A teraz złap mnie "oskrzydlony nielocie". - Ortanus celowo mnie sprowokował powtarzając słowa Sashy. Zaczął biegnąć przed siebie, a ja puściłam się za nim. Kiedy prawie go miałam on skręcił, rozłożył skrzydła, odbił się od kłody i poszybował niesiony prądem powietrza. Zrobiłam to samo.Skręciłam, wbiegłam na kłodę, odbiłam się od niej rozkładają skrzydła. Kiedy zawiał wiatr błękitny płomień z moich skrzydeł buchnął żarem i zgasł, a ja zawisłam w powietrzu. Machnęłam kilka razy skrzydłami i...
- Ortanus! - krzyknęłam, a ten zrobił zgrabny i szybki zwrot odwracając się do mnie. - JA LECĘ! - krzyczałam najbardziej szalenie jak tylko potrafiłam. Czułam tą siłę, te prężące się mięśnie, ten niesamowity wiatr w skrzydłach i to uczucie wolności.
- Udało ci się Nike! Udało. - krzykną Ortanus. Poszybowałam dalej, a on wciąż leciał przy mnie dbając o to, żeby w razie czego mnie łapać. - Lądujemy. - wydusił po kilkunastu minutach lotu.
- Nie, co ty! Nie teraz.
- Nike, nie jesteś do tego przyzwyczajona. Skrzydła muszą przywyknąć.
         Wylądowaliśmy na polanie. Ortanus zrobił to pierwszy, żebym wiedziała jak do tego podejść. I tak się przewróciłam, ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Byłam taka SZCZĘŚLIWA.
- Udało się. - wydyszał zadowolony Ortanus. Podbiegłam do niego, szczęśliwa jak nigdy.
- Jesteś kochany, bez ciebie nic by się nie udało.
- Ja nic nie zrobiłem, to ty... - nie dałam mu skończyć, tylko rzuciłam się na szyję jak jakiś szczeniak.
- To najszczęśliwszy dzień mojego życia! Dziękuje! - wyszeptałam i sama nie wiem jak to się stało, bo ze szczęścia byłam prawie nieprzytomna, ale pocałowałam Ortanusa dosyć... y... głupie to było, ale namiętnie. Kiedy zobaczyłam co zrobiłam, było mi strasznie głupio. Zamiast się zarumienić zbladłam, uświadamiając sobie, że przed chwilą całowałam się z przyjacielem. Odsunęłam się nieco.
- Przepraszam. - zaczęłam się tłumaczyć. - Tak mi głupio, na serio nie wiem dlaczego to zrobiłam. - Ortanus spojrzał na mnie swoimi magnetycznymi oczami. Świetnie znałam ten wzrok. Zawsze tak na mnie patrzył, kiedy intensywnie myślał...

<Ortanus, gniewasz się?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz