Dziś
wybrałam się do watahy, którą poznałam niedawno. Zobaczyłam tam kilka
ciekawych wilków, z którymi wyśmienicie mi się rozmawiało.
- Witaj. - odezwał się ktoś, a ja się odwróciłam. - Jestem Ortanus. - Cześć. - byłam szczęśliwa. - Nazywam się Aria. - Chcesz się przelecieć? - zaproponował, a ja przytaknęłam. Lataliśmy długo. Opowiadał mi o sobie, a otem spytał, czy ja opowiem mu coś o mojej skromnej osobie. Wtedy zniżyłam lot i wylądowałam. - Coś nie tak? - spytał. - Nie tylko... Ja... Bo wiesz... Nie mam ciekawego życia. Mojego ojca zabiła choroba. Patrzyłam jak umiera, jak co dnia staje się słabszy. Potam zostałam sama z mamą i moimi braćmi. Feliksem i Scotem. Naszą mamę zabił myśliwy pewnego zimowego poranka. Feliks został potrącony przez takie metalowe coś, co ludzie nazywają autem. A Scot... mój kochany braciszek... Złapano go kilka tygodni temu i tyle o nim słyszałam. - po policzku spłynęła mi łza. - Ej... nie płacz. - Ortanus usiadł obok i otulił mnie skrzydłem. - To straszne. - powiedział. - Będę mogła tu jeszcze kiedyś przyjść? - spytałam. - Oczywiście czuj się jak w domu. - Dziękuje... - Za co? - spytał. - Dzięki tobie pierwszy raz się uśmiechnęłam od nie pamiętam kiedy. - pocałowałam go w policzek. - Dziękuje. - ostatni raz go przytuliłam i odleciałam. Wiem, że jutro też tu przyjdę. |
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz