czwartek, 11 lipca 2013

Od wilczycy Arii

Dziś wybrałam się do watahy, którą poznałam niedawno. Zobaczyłam tam kilka ciekawych wilków, z którymi wyśmienicie mi się rozmawiało.
- Witaj. - odezwał się ktoś, a ja się odwróciłam. - Jestem Ortanus.
- Cześć. - byłam szczęśliwa. - Nazywam się Aria.
- Chcesz się przelecieć? - zaproponował, a ja przytaknęłam. Lataliśmy długo. Opowiadał mi o sobie, a otem spytał, czy ja opowiem mu coś o mojej skromnej osobie. Wtedy zniżyłam lot i wylądowałam. - Coś nie tak? - spytał.
- Nie tylko... Ja... Bo wiesz... Nie mam ciekawego życia. Mojego ojca zabiła choroba. Patrzyłam jak umiera, jak co dnia staje się słabszy. Potam zostałam sama z mamą i moimi braćmi. Feliksem i Scotem. Naszą mamę zabił myśliwy pewnego zimowego poranka. Feliks został potrącony przez takie metalowe coś, co ludzie nazywają autem. A Scot... mój kochany braciszek... Złapano go kilka tygodni temu i tyle o nim słyszałam. - po policzku spłynęła mi łza.
- Ej... nie płacz. - Ortanus usiadł obok i otulił mnie skrzydłem. - To straszne. - powiedział.
- Będę mogła tu jeszcze kiedyś przyjść? - spytałam.
- Oczywiście czuj się jak w domu.
- Dziękuje...
- Za co? - spytał.
- Dzięki tobie pierwszy raz się uśmiechnęłam od nie pamiętam kiedy. - pocałowałam go w policzek. - Dziękuje. - ostatni raz go przytuliłam i odleciałam. Wiem, że jutro też tu przyjdę.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz